• Wpisów:81
  • Średnio co: 26 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 14:05
  • Licznik odwiedzin:5 053 / 2179 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
To już jakieś pięć dni odkąd nie ma mnie w domu. Zrobiłam z siebie idiotkę, a teraz będę próbowała wytrwać do końca wakacji tutaj. Zostało mi jeszcze bardzo dużo czasu.
Nie śpię w nocy. Boję się ciemności, boję się tego czego w niej nie ma…
Muszę te trzy tygodnie wytrwać w zupełnej separacji od żyletki. Już po pierwszym dniu prawie trafił mnie szlag. Wczoraj zacięłam sobie nogę przy goleniu i to były najpiękniejsze chwile pobytu tutaj.
Znowu zaczęłam drapać ręce. To silniejsze ode mnie i już nawet tego nie zauważam. Za to zauważają to ludzie, którzy zmuszeni są ze mną przebywać. I co ja mam im niby powiedzieć? Wcisnąć kłamstwo, że nabawiłam się jakiegoś uczulenia? A może po prostu w twarz wykrzyczeć, że w separacji z żyletką płonie mi skóra w najczęściej kaleczonych miejscach?
Blizn na udzie praktycznie nie widać. Te na brzuchu już po woli zanikają. Kochana maść…
Zdałam sobie sprawę z braku znajomych. Takich prawdziwych. B. kazała mi napisać jak podejmę jakąś decyzję i skończę z tym co już zaczęłam, P. woli grać niż ze mną rozmawiać (próba naprawienia „przyjaźni” spoczęła na postanowieniu), D. wyjechała na wczasy, ale nawet jak była niewiele miałam z nią tematów. Teraz wydaje mi się, że to ja jestem ta zła, bo nie mogę zdzierżyć ludzi. Jednak lepiej mi się żyje w przeświadczeniu iż to oni wszyscy są tymi złymi. Tak, tak jest o wiele wygodniej.

Jaki jest sens utrzymywania przyjaźni skoro i tak umiera się w samotności?

Po jaką cholerę ja obiecywałam, że się nie zabiję? Już tyle racy miałam odwagę… i z niej nie skorzystałam, aż grzech.
 

 
Upadłam pewnego pięknego dnia kiedy poczułam, że wszystko będzie dobrze.
Ledwo uwierzyłam, a życie wbiło mi nóż w plecy.
Śmierć jest bezlitosna - niestety. Mogłam zamknąć oczy i tylko płakać, ale starałam się zachować twarz i zimną krew podczas gdy wszystko dookoła zalewali się łzami.
W oczach bliskich wyszłam na nieczułą, bo w końcu odszedł ktoś kto odgrywał bardzo ważną rolę w moim życiu. Z resztą... to już druga taka osoba, a w kolejce stoi jeszcze parę innych.
Trzymałam się twardo, bo wiedziałam, że jeśli coś we mnie pęknie to nie będziesz ratunku przed nadejściem kolejnej depresji.
Każdego dnia wmawiałam sobie, że tak będzie lepiej. Tak będzie lepiej, będzie lepiej, lepiej...
Cudem mi się udało. Mimo że stałam nad przepaścią nie wpadłam, wręcz przeciwnie, udało mi się zawrócić w najbardziej krytycznym momencie.
Wymagało to ode mnie samozaparcia i siły, której nie miałam skąd czerpać.

Po czasie zmagań czułam się wyśmienicie. Byłam szczęśliwa, śmiałam się, nawet otworzyłam się w stronę towarzystwa, choć dotąd wolałam samotność.
Otworzyłam się i jak zostałam potraktowana? Brak mi na to słów...
Nie dość, że musiałam się użerać ze złośliwością rodziny to w dodatku oni wbili mi ponownie nóż w plecy błahą, ale dla mnie bolesną rzeczą.
Obrazem, którego chciałam się pozbyć przez ten cały czas.
Pragnęłam wyrzucić go z głowy. O niczym na siłę nie da się zapomnieć, ale ja przynajmniej jakoś zakryłam go innymi sprawami i przysypałam toną uśmiechów.

Widocznie mój uśmiech nie był tego wart.Widocznie komuś wadził.
 

rockova
 
cruises
 
Hej, możesz polubić? Bardzo mi na tym zalezy. http://www.facebook.com/pages/Ból-naszym-nałogiem-blizny-jego-dowodem/425796784150685?ref=hl może spodoba Ci się jakaś piosenka, zdjęcie lub post...
 

 
Przywykłam do tego, że zasypiam we łzach, ale dzisiejszej nocy było gorzej niż normalnie. Zaginął mi pies. Nie wiem jakim cudem, ale wydostał się z podwórka i poszedł w siną dal. Całą noc wyobrażałam sobie go potraconego przez jakieś auto, porwanego przez jakiś ludzi i tęskniącego za domem (chociaż w rzeczywistości szybko by o mnie zapomniał), wizji miałam multum i łez wylałam nie mało. O 6 rano dostałam telefon, że znajomy widział mojego Brutusa. Przebrałam szybko spodnie z tych od piżam na dżinsy, złapałam smycz i zaspana, rozczochrana i z bijącym sercem biegłam po niego. Gdy dotarłam na miejsce i zawołałam go przebiegł kawałek, ale chyba nie był pewny czy ja to ja, bo w połowie drogi przystanął i przyglądał mi się, na szczęście po chwili już wędrowaliśmy razem w kierunku domu mijając ludzi jadących do pracy.
Po tym wszystkim musiałam jeszcze iść do szkoły. Ech, nie powiem, żeby mi się jakoś specjalnie chciało, bo wszystko wewnątrz mnie się telepało i bolało mnie, od płaczu, tyle wiem.
Nigdy nie mam ochoty przebywać wśród tych wszystkich szczęśliwych ludzi. Większość z nich pewnie nawet nie jest naprawdę szczęśliwa, tylko udaje, tak samo jak ja.
Miałam klasówkę z matmy a nie umiałam kompletnie nic. Temat niby nie trudny, ale jak na moje zdolności matematyczne za dużo myślenia. Zrobiłam jedno zadanie i niepostrzeżenie sobie zasnęłam, obudził mnie głos nauczycielki, który oznajmił, że do końca sprawdzianu zostały jeszcze dwie minuty. Załamałam się. Miałam zrobione jedno zadanie na wszystkich dziewięć. Dopomógł mi kolega siedzący przede mną, który sposobem ninja podał mi swoją kartkę, abym mogła przepisać. Teraz chyba mogę liczyć na dwójkę...
 

 
14 marca minie 6 rocznica śmierci mamy. Nie mogę uwierzyć, że minęło aż sześć lat! Jeszcze niedawno był pogrzeb. Ach, doskonale pamiętam dzień w którym dowiedziałam się o jej śmierci. Płakałam bez opamiętania. Teraz bez zdjęcia nawet nie mogę sobie przypomnieć, w którym miejscu na twarzy miała to charakterystyczne znamię. Coraz mniej ją pamiętam, nie śni mi się, choć myślę o niej bardzo dużo. Wiem, że ona jest gdzieś blisko i chroni mnie. Od dość długiego czasu nawet nie rozmawia ze mną, może uznała, że już mi to nie jest potrzebne, ale ja za mało się staram. Nie wiem…
 

 
Kiedyś gdy ktoś mnie przytulał odpychałam go, natomiast teraz, kiedy potrzebuję takiego gestu nie mogę znaleźć odpowiedniej osoby. W domu nie ma nikogo kogo bym mogła przytulić, nawet mój pies nie lubi gdy się do niego tulę, choć staram się być delikatna.
Gdy jest się dzieckiem nie docenia się tego co się ma. Docenia się to co przeminęło a akurat teraz tego potrzeba.
 

 
Popełniam masę różnych błędów (jak każdy) i rzadko kiedy wyciągam z nich wnioski. Pokłóciłam się dziś z kolejną osobą, za pewne z mojej winy, bo tylko ja zawsze jestem winna, cóż. Nie mam już ani siły ani ochoty przepraszać. Robiłam to całe życie, zawsze przepraszałam, zawsze ja musiałam to robić pierwsza, w końcu trzeba to zmienić. Ja postanowiłam, że zmienię to teraz. Już więcej nie będę przepraszała, choćbym dała sobie wmówić, że wina leży po mojej stronie. Obiecałam sobie przepraszać tylko za siebie, nigdy więcej nie dam odwrócić kota ogonem. Ludzie zawsze mną manipulowali, zawsze wina była po mojej stronie, to dlatego teraz niczego nie potrafię być pewna.
 

 
Wyrzucam ludzi ze swojego życia mimo woli. Nie wiem czym się kieruję. Może tak dla nich będze lepiej? Nie wiem, i nie dowiem się. Są i tacy, którzy coś źle zrozumieli i sami postanowili odejść, a ja nie miałam siły ich zatrzymać.
Zaczynam powątpiewać w to czy te osoby naprawdę istnieją. Czy istnieje ktokolwiek. Czy sama istnieje. Mam tak zamroczony obraz świata, że już nie potrafię oddzielić jawy od snu. Nie umiem sobie przypomnieć tego co może być prawdziwe. Spędzam mnóstwo czasu nad zastanawianiem się czy to co przed chwilą zrobiłam jednak się wydarzyło czy może jednak nie.
Zgubiłam się. Zgubiłam, w którymś momencie życia, i chyba nawet wiem, w którym.
Od tamtej pory już nikt nie może być dla mnie ważny, a ja mimo wszystko dopuszczam do siebie coraz to nowe osoby, po jakie licho?
Ludzie przychodzą niszczą mnie i odchodzą. Zostaje zraniona pośród osób, które nie wiedzą jak mi pomóc i czy wgl pomagać.
Odpycham ich. Nie chce pomocy, udaję silną i oszukuję, że sama sobie poradzę. Kłamstwo! Sama sobie nie poradzę, ale nie mogę tego powiedzieć, bo przecież muszę być sina, nie?
Siłę miałam, owszem, jak trzeba było komuś dokopać, psychicznie jestem słaba.
Nie umiem o siebie zadbać, a świat wymaga dbania a kilka innych osób.
Nie chce się zmieniać. Nie chce, bo straciłam wiarę, w to, że się uda. Nie zmienię się, zostanę taka jaka jestem, czyli uparta, płaczliwa, zazdrosna i samolubna. Nikt nie zaprzeczy, że taka nie jestem.
Obwiniam siebie, że nie potrafię pomóc innym, ale jak mogę pomagać skoro sama potrzebuję pomocy?
To bez sensu. Może ze mną nie jest tak źle, może ja sobie tą słabość wkręcam? Może nie jest tak źle, w końcu zawsze może być gorzej.
 

 
Jestem smutna i rozżalona… Nie ma co zwalać winy na pogodę, jest odpowiednia jak na zimę. Nic mi nie wychodzi, nic nie sprzyja aby cokolwiek mogło się udać.
Przyrzekam chciałam być szczęśliwa, uśmiechałam się dużo, ale czułam się nienaturalna i głupia. Może radość nie jest mi pisana?
Jest mi tak cholernie zimno i pusto. Nie mam kogo przytulić, nie mam nawet do kogo się odezwać.
Co z tego, że w szkole otacza mnie tyle osób jeśli nikt nie potrafi/ nie chce mnie wysłuchać.
Już mam serdecznie dość ukrywania łez przed rodziną, znajomymi. To gorsze niż płakanie przed nimi.
Teraz na ślepo wierzę w słowa ludzi, którzy powtarzają, że mnie kochają, ale boję się, że mój stan dojdzie do tak zaawansowanego stopnia, że nie będę w stanie tego nawet słuchać.
Na razie łudzę się, że moja wizja przyszłości jest do spełnienia, ale i tego z dnia na dzień ubywa.. to co zaplanowałam wczoraj już dziś wydaje mi się kompletnie bezsensowne.
Już i tak moja wyobraźnia nie jest w stanie pracować tak jak kiedyś. Nie umiem już sklecić kilku pieprzonych wersów wiersza, nie mogę skupić się na wymyśleniu fabuły nowego opowiadania. Nie jest dobrze, i w kółko sobie to powtarzam. Bo to prawda.
Oszukuje się ciągle i ciągle… Wpadłam w wir kłamstw, już nie umiem sama z niego wyjść… Jak tak myślę to już niego nie wyjdę. Nikt nie wie czy mi pomóc i czy wgl mi pomagać. Odtrącam pomoc, ale może podświadomie jej potrzebuję. Każdy kogo odepchnę odchodzi chociaż był moim przyjacielem. W takiej sytuacji powinien zmusić mnie do wyjścia z doła, a działa na zasadzie czekania aż mi przejdzie.
Kiedyś może być za późno…
 

 
Niby nic nie robię a ciągle chce mi się spać… Można to wytłumaczyć pogodą, ale pogoda nie może być winna temu, że non-stop jestem senna.
Zasypiam dosłownie wszędzie… podczas zabawy z psem, na spacerze, przy obiedzie, nie ma co wspominać o lekcjach w szkole.
Może zbliża się ten czas? Czas na wieczne zaśnięcie. Nie wiem…
A może po prostu to jest taka moja ucieczka od rzeczywistości? Nie przypominam sobie żebym podczas snu miewała jakieś konkretne wizje. Otacza mnie ciemność, i widocznie tego mi trzeba. Ciemności i samotności.
 

 

W wielu ankietach jest pytanie „Ile razy dziennie okłamujesz ludzi?” zawsze próbuję policzyć ile razy to robię, ale nie jestem w stanie. Doszłam do takiej perfekcji w kłamaniu, że jest to dla mnie odruch wręcz naturalny. Nie okłamuję ludzi pod kontem kradzieży, okłamuję ich mówiąc o moim samopoczuciu. Nawet kiedy jest do dupy, mówię, że u mnie OK. Bo cóż innego mogę powiedzieć? Jeśli już powiem, że nie jest dobrze zaczyna się rozmowa, która zawsze kończy się kłótnią i moimi łzami. I po co?
Nie potrafię opowiadać o moich problemach, dlatego że nikt ich nigdy nie rozumiał. Nikt chyba nawet nie próbował.
Są chwilę kiedy oczekuję żeby ktoś zainteresował się moim stanem psychicznym, i akurat wtedy nikt tego nie robi. Ludzie zawsze pytają o to w takim momencie kiedy działa mi to na nerwy. I wtedy ich opieprzam za wszystko…
To chyba przez moją samotność tracę umiejętność porozumiewania się z ludźmi i chęć przebywania w ich otoczeniu. Lubię być sama i dobrze mi z tym.
Na razie...
  • awatar Marou Satori: Na tym chyba polega życie w społeczeństwie. Mówisz prawdę o rzeczach mało znaczących, kłamiesz, gdy chodzi o rzeczy ważne. Też tak mam. Pilnuj tylko, żebyś nie zaczęła okłamywać samej siebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
I znów ze swoimi problamami muszę radzic sobie sama. Muszę? Jasne, że tak, nikt inny i tak mi nie potrafi pomóc.
Ludzie udają troskę, zmuszają mnie do zwierzeń po czym kwitują moją wypowiedź debilnym półsłówkiem... Cholera... Zawsze tak jest.
Jak tak dłużej pomyślę, to dochodzę do wniosku, iż sama pomoc odpycham, jednak po czasie znów jestem zdania, że nikt mi nie potafi pomóc tak na prawdę.
 

 
Z zaklętego kręgu nie sposób wydostać się samemu. Czasem jest to niemożliwe nawet z czyjąś pomocą.
 

 
Miewam takie dni, kiedy jest mi w sumie wszystko jedno... Tak jakbym nie miała uczuć. No i z jednej strony jest mi z tym ok, bo nie czuję się zdołowana.. Ale z drugiej... mam świadomość wewnętrznej pustki i zagłuszonego smutku.
Jesteśmy niewolnikami uczuć, i większość ludzi przyzna, że wolałoby ich nie mieć.

Żyję w środowisku, w którym nawet mój pies za mną nie przepada. Może rzeczywiście jestem taka zła jak mi sugerują ludzie dookoła.

Potrzebuje zmian. Małych zmian. Tylko gdy już nastąpią dochodzę do wniosku, że lepiej było wcześniej i powracam do tego co było.
Jasne, że to jest bez sensu.

Czuję, że tu nie pasuję. Ale czuję też, że nie pasowałabym gdzie indziej. Jestem jak intruz. Bynajmniej tak mi się wydaję.
Podczas tych najszczerszych rozmów z ludźmi noszącymi miano moich przyjaciół denerwuję się. Nie okazuję im tego, ale wściekam się. Wmawiają mi, że to co dla mnie jest oczywistością to nie prawda. No do jasnej cholery, chyba wiem jak się czuję i czy kogoś kocham. Tyle jeszcze wiem.

I znów nadszedł ten czas. Czas płaczu. Wystarczył jeden film, jedno zerknięcie na zdjęcie i łzy same zaczęły płynąć.
Może to tylko taki etap, że wszystko kojarzy mi się z tą utraconą osobą. Oprócz zdjęć niewiele mi po niej zostało. Tak bardzo chciałam mieć coś co i ta osoba trzymała w dłoniach, że zabrałam do swojego nowego życia flakonik perfum, których używała.
Ten zapach także mnie wzrusza. Zamknę oczy i przez ułamek sekundy wydaje mi się, że ona jest gdzieś blisko.


I co z tego, że będę sobą? Jedni mnie za to znienawidzą inni nawet tego nie zauważą…

Często piszę, że nikt mnie nie kocha. Uważam tak w chwilach słabości. I może to nie jest prawda, bo rodzinę mam, do prawdy sporą.
Tyle osób… ktoś na pewno mnie kocha.

Już nie mam siły robić sobie krzywdy. To jest kolejna ucieczka. Albo siedzisz i płaczesz. Albo tniesz się i płaczesz. Błędne koło.
 

 
Czasem tak niewiele potrzeba aby na czyjejś twarzy pojawił się uśmiech.
Są chwile, w których zdawać by się mogło, że już nic nie jest w stanie poprawić nam humoru, aż tu nagle ‘Bum!” zjawia się osoba, która samym swoim istnieniem podnosi naszą strzaskaną duszę.
To bardzo miłe uczucie, gdy wewnątrz nas w okolicach serca rozlewa się taka nagła fala ciepła. A wystarczy tak niewiele…
Nic tylko współczuć osobom, które takiego ciepła nie doświadczają, bo nie mają nikogo kto by je powodował.

Samotność boli, to prawda, lecz czasem jest bardzo potrzebna. Każdy inaczej zwalcza ból i żal do świata. Jedni płaczą w poduszkę i wierzą w słowa „Będzie dobrze” inni znów wyładowują swoją złość na bliskich osobach próbujących im pomóc.
Myślę, że nie tylko ja muszą pokonywać swoją wewnętrzną walkę w pojedynkę. Taką drogę obrałam i tak muszę robić. Nie lubię kiedy nawet ukochane przeze mnie osoby próbują mi wówczas wmówić, że wszystko się ułoży, bo w werwach i płaczu takie słowa działają jak płachta na byka. No może to nie było trafne porównanie, ale jestem pewna, że nie w każdym przypadku pomagają. W moim nie.

Starania osób doceniam dopiero jak już uspokoję się i dojdę do siebie. I wtedy to jest mi strasznie głupio w jaki sposób je wcześniej potraktowałam.

Może i jestem egoistką, i może to właśnie ja nie zauważam, że coś dzieje się z moimi przyjaciółmi? Nie wiem… Czasem mam do nich pretensje, że nie widzą mojego smutku itd., choć tak naprawdę nie wiem czy nie widzą. Może są tacy jak ja i mi o tym nie mówią.
To jest dla mnie jedna wielka niewiadoma. I wiem, że czasami takie czynności dokonują się automatycznie. Że ukrywa się coś, ale nie specjalnie tylko odruchowo, żeby nie pogarszać sytuacji.
 

 
Co nam daje siłę do przetrwania?
Oczywiście druga osoba. Czyż nie było by lepiej gdybyśmy byli samowystarczalni? Nie musielibyśmy dbać o to, że kogoś ranimy naszym zachowaniem. Nie potrzebne by były przysięgi i obietnice wzajemnego życia.
Ach, to by było zbyt wspaniałe…
Niestety jesteśmy stworzeniami mocno uczuciowymi. Przez te zesrane uczucia tylu nas odchodzi tam skąd już nie da się wrócić.
No ale znów bez tego nie rozmnażalibyśmy się.
I tak źle i tak nie dobrze. Ehh…

To bardzo miłe usłyszeć od kogoś, że jest się kochanym. Znacznie mniej miło jest usłyszeć, że jest się znienawidzonym. Choć czasem o to nam chodzi. O to żeby ktoś nas darzył nienawiścią. Ot tak, po prostu.

Rzekomo jesteśmy stworzeniami najmniej prymitywnymi ze wszystkich ssaków a jednak w wielu przypadkach zachowujemy się gorzej niż cokolwiek innego stąpającego po ziemi.
Potrafimy być wredni, zazdrości, bezczelni, aroganccy – to przychodzi nam zdecydowanie łatwiej niż przyjaźń i zwykła sympatia do drugiego człowieka.
 

 
Dzieciństwo powinno być radosnym etapem naszego życia. Powinno być wypełnione miłością i uśmiechem. Powinno, ale nie każde jest. Większość dzieci musi dorosnąć ekspresowym tempem, żeby jakoś poradzić sobie w dorosłym życiu.
Nie potrzeba pieniędzy żeby dać dziecku miłość i poczucie bezpieczeństwa. Do prawdy, jeśli chodzi o uśmiech na twarzy to on jako jedyny jest bezcenny.

To okrutne zabrać dziecku dzieciństwo. To tak jakby wyrwać mu z życiorysu kilka lat i odesłać je w niepamięć.

Sam wiek to jeszcze nie jest dzieciństwo.. Wielu z nas tęskni za latami, gdzie większość czasu spędzana była beztrosko na graniu w berka, chowanego czy podchody. W swoim czasie się oczywiście z tego wyrosło, lecz wraca do tego myślami.
A co z tymi dziećmi, które tego prawdziwego dzieciństwa nie zaznały? Nie mają takich barwnych wspomnień, bo od najmłodszych lat były zmuszone przez los do nieco innych obowiązków.
 

 
Nie prawda, że potrafimy zawładnąć własnym życiem.
To ono włada nami.
Na nic nasze prośby i krzyki.
Życie nas ignoruje.
Jest jak dziecko, które nie szanuje zabawek.
Robi z nami co tylko chce.
Rzuca nas na głęboką wodę,
Przypala gorącym żelazem,
Zakopuje nas w ziemi,
Puszcza niczym latawiec na wietrze.
Ludzie.
Ludzie są głupi
Ciągle mają nadzieje, że są panami własnego losu.
Nic bardziej mylnego.
Los faktycznie jest nieunikniony.
Ale my nie mamy wpływu na to co się stanie.
Nawet jeśli coś wydaje nam się, że coś idzie po naszej myśli.
To tylko złudzenie.

Przychylność losu to jak zawarcie paktu z diabłem.
Owszem dostaniesz coś, ale coś musisz oddać w zamian.
 

 
I znowu ona.. Za mniej więcej godzinę zacznie się bezcelowe wylewanie łez.
Już czuję jak Pani Noc, oplata mnie wokół szyi swoimi ponurymi mackami.
Nie lubię być w takiej chwili sama Nie lubię, lecz muszę.

Znów przepłaczę całą noc, a rano, gdy nadejdzie pora wstawania do szkoły, nie będę mogła zwlec się z łóżka.
Znów będę przysypiała na lekcjach, i znów nic z nich nie wyniosę.. ale za to zdobędę kilka jedynek do mojej dziennikowej kolekcji..

Pogrążam się tym płaczem.
Mówią, że płacz usypia.. być może, ale akurat na mnie nie działa.
Gorące łzy i ból głowy nie pozwalają zmrużyć oka. Nie pomaga liczenie owiec, gwiazd, słuchanie kołysanek ani oglądanie śmiesznych filmów.

Teraz jest jeszcze gorzej, bo oprócz tego co wypisane wyżej, jestem jeszcze przeziębiona i mam zatkany nos, więc męczę się i z tym.

Chociaż jak tak na to spojrzę z pewnej perspektywy to wolę zatkany nos niż mokrą poduszkę i podkrążone oczy.

Jak dobrze, że potrafię się tak perfekcyjnie maskować. Uśmiecham się i udaję, że nic się nie dzieje. Gram. Tak samo jak wszyscy inni, więc nie wiem czemu jestem z siebie taka dumna.

Poza domem jestem taka jak wszystkie inne nastolatki, uśmiecham się i udaję, że wszystkich lubię.
Ten potok smutku zaczyna się dopiero w domu.

Każda ściana, wszystkie okna i wszystkie kąty przypominają mi o tym co było kiedyś. Błąkam sie po tym domu i szukam radości.

Głupie! Wiem, że jej nie znajdę. Ona już dawno stąd odeszła i nie wróci. Odeszła wraz z osobami, które ją przyciągały.

Teraz już nikt nie zna szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Każdy udaje. Wszyscy pogrążeni są w smutku i zatopieni we własnym świecie wypełnionym problemami.
 

 
Moje życie to jedna wielka ucieczka, której towarzyszy strach i żal.
Każdego dnia budzę się tam, gdzie budzić się nie chce. W domu, w którym nie czuję się bezpieczna i kochana.
Czasami odnoszę wrażenie, że jestem tu zbędną gębą do wykarmienia.
Cztery ścian, w których spędzam większość czasu przytłaczają mnie i więzią. Chce wyjść, ale...w końcu zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę to nie mam gdzie. Dla mnie wszystkie drzwi są zamknięte, wszystkie gry przegrane.
Już nawet nie mam ochoty zaczynać czegokolwiek, bo wiem, że choćbym nie wiadomo jak się starała i tak mi nie wyjdzie.
Dzień jeszcze jest w miarę znośny... najgorsza jest noc.
To właśnie w czasie jej trwania zaczynam tęsknić za czymś czego nie ma, za kimś kogo nie ma, i pragnę czegoś czego nigdy nie dostanę.

To jest jedyna pora dnia, w której wylewam tyle łez... Czystych łez.

Najokrutniejszy fakt? Przed nocą nie da się uciec.
Noc dopadnie nas wszędzie, bez względu na to jak bardzo będziemy się starać. Za nią podążają wspomnienia... przeważnie złe, lub zwyczajnie smutne, czyli te, za którymi się tęskni.

Oddałabym wiele żeby choć na chwilę znaleźć się kilkanaście lat wstecz. Tam, gdzie problemy nie odgrywały roli... w świecie dziecka, gdzie wszystko jest nieskazitelne i piękne...
Komentarzy: 0
 

 
Ludzie pojawiają się w moim życiu, potem z niego znikają a na ich miejsce wchodzą następni...
To głupie obdarzać jedną osobę taką ilością uczuć, bo kiedy odchodzi zabiera je ze sobą i bardzo mała jest szansa na ich zwrócenie. Serce, które pękło będzie pęknięte już na zawsze, tylko rana nie zawsze będzie bolała.
Zwykle noc jest porą kiedy blizny zaczynają dawać o sobie znać.
Każde draśnięcie na sercu wraca jak bumerang, i znów zaczyna piec.
Od tego nie da się uciec za życia. Nawet nie wiadomo czy śmierć pozwoli odetchnąć od negatywnych wspomnień.
 

 
Ostatnio coraz częściej napadają mnie myśli samobójcze.
Nad śmiercią rozmyślam często.
Czuję, że ktoś obok mnie jest a jednocześnie czuję się samotna.

Tak bardzo chciałabym kogoś przytulić, mimo tego odpycham wszystkich.
Pragnę miłości, po prawdzie nawet w nią nie wierząc.

Chce wyjść z tego cholernego nałogu, lecz wiem jakie będą konsekwencje.

Chce odejść stąd raz na zawsze. Chce... ale jestem na to za mało odważna.

Śmierć mnie przeraża a jednocześnie fascynuje.

Oddałabym życie za wszystkich, choć na prawdę nienawidzę nikogo.
Umarła bym dla własnego spokoju...
 

 
Jeden z tych, które ciągną się w nieskończoność.. Złe myśli nie chcą odejść a sen nie zamierza jak na razie nadejść.
Nie mam nawet z kim teraz porozmawiać. Jedyny domownik śpi w najlepsze, a nawet gdyby tego nie robił, zapewne nie miałby ochoty ze mną rozmawiać i wysłuchiwać moich żalów.
Mój rodzinny dom jest gorszy niż szkoła. Tam przynajmniej są ludzie, którzy zasłaniają moją wewnętrzną samotność.
W szkole też czuję się sama, ale przynajmniej mam pewność, że w razie jakiegoś głupiego pomysłu czy gorszego samopoczucia ktoś ewentualnie na czas by mnie znalazł i ewentualnie mnie pocieszył.
Teraz siedzę w swoim pokoju i gdyby mi się coś stało, domownik zapewne dowiedziałby się dopiero rano, gdybym 'zaspała' do szkoły...
Teraz praktycznie mogę zrobić wszystko. Mogę się upić, naćpać, zabić... Nikt mnie nie powstrzyma. Oczywiście żadnej z tych rzeczy nie zrobię, bo dwie pierwsze mi nie pasują a na trzecią jestem aktualnie za mało odważna.

Ach... Obiecałam ludziom nawet swoje życie. Obiecałam, że będę dla nich żyła. I po co?
Teraz jestem tu uziemiona.
Nawet gdybym poczuła przypływ odwagi do popełnienia samobójstwa, nie mogę. ; /
Nie mogę, bo obiecałam.

Chyba skończę ten wpis, bo zaczynam sama sobie zaprzeczać...
 

 
I znów nie mogę powiedzieć Ci tego co bym chciała.
Znów Boję się Twojej reakcji.
Boję się, że nie zrozumiesz.
Czy jedynym wyjściem jest znienawidzenie Ciebie?
 

 
Ciągle ktoś mi mówi, że jestem złym człowiekiem.
Że nie interesuje się innymi ludźmi. Ich zdrowiem... Że nie pytam o ojca.
Może ja się po prostu boję pytać.. O tym nie pomyśleli. A boje się jak jasna cholera.
Przeraża mnie myśl, że mogę usłyszeć coś co mnie załamie.
Pamiętam dzień, gdy powiadomili mnie o śmierci mamy. To była dla mnie straszne przeżycie i nie chcę go powtarzać...
Chociaż wiem, że w końcu będę musiała się zmierzyć z tym powtórnie.
  • awatar ahoudini: To tylko Twoja wyobraźnia, uwierz. Na pewno nie jesteś złym człowiekiem, inaczej byś tego nie pisała w taki sposób. Masz teraz pewnie zły lub nieudany okres w swoim życiu. Musisz to przeboleć. Cierpliwości. Wielu zdarzeń się nie cofnie, ale nie możesz doprowadzić do kolejnych. Będzie dobrze, życzę Ci tego :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Gdy tylko uwierzę, że coś robię dobrze, że coś mi na prawdę wychodzi na drodze staje mi ktoś przez kogo przestaję w to wierzyć.
Najgorsze jest jednak to, że tymi osobami są ludzie, na których mi zależy.
Odechciewa mi się kontynuacji tego co zaczęłam, bo wmawiam sobie, że nie jestem w tym dobra.
Noo i może nie jestem.
 

 
Ostatnio do mnie dotarło, że dla wielu osób, które do tej pory ceniłam, jestem nikim.
Żyje wśród nich, sprawiam wrażenie szczęśliwej wtedy kiedy i oni są szczęśliwi... za wszelką cenę próbuję się dopasować...
Szczerze? Nie wychodzi mi to w ani jednym calu <.<
Jestem jaka jestem i nie zmienię się, bo nie potrafię. Życie już i tak ukształtowało mnie na dość... nietypową osobę.